nr 31 (880) 5 sierpnia 2005 - W 25-lecie NSZZ "S" z cyklu "Historia SGiE" : Solidarność California - Los Angeles
W 25-lecie NSZZ "S" z cyklu "Historia SGiE"
Solidarność California - Los Angeles
Beata Gajdziszewska
13 grudnia 1981 r. Leszek Witelus, założyciel Solidarności w kopalni "Czerwone Zagłębie" w Sosnowcu, wraz z wieloma działaczami Związku został internowany. W miejscu odosobnienia przebywał rok, a po wyjściu na wolność wrócił do pracy w kopalni, gdzie włączył się w organizowanie struktur podziemnych "S". Wkrótce w jego zakładzie zaczęło się robić gorąco i koledzy zaproponowali mu, by na jakiś czas zaprzestał związkowej działalności.
- Czułem, że ktoś siedzi mi na plecach - wspomina Leszek Witelus. - Wkrótce kilku działaczy zapoznało mnie ze swoimi planami wyjazdu na Zachód. Gdy atmosfera wokół mnie stawała się coraz gęstsza, zacząłem także myśleć o emigracji. To usatysfakcjonowało funkcjonariuszy SB, którzy wciąż naciskali, bym opuścił kraj.
Sponsorem wyjazdu L. Witelusa i wielu innych działaczy "S" był kościół luterański słynący w Ameryce z ogromnej sumienności. Po przyjeździe do Los Angeles przybysze z Polski zaczęli wznawiać między sobą kontakty. Telefonowali do siebie, spotykali się po mszach św. w polskim kościele. Zbliżały się igrzyska olimpijskie i związkowi działacze, by przypomnieć światu, że "S" żyje, postanowili na słynnym napisie "Hollywood" umieścić hasło "Solidarity live".
- W dniu otwarcia igrzysk w Los Angeles wszystkie stacje telewizyjne skierowały kamery na to niezwykłe hasło - opowiada pan Leszek. - To była spektakularna akcja, głośno komentowana w USA i na świecie, z wyjątkiem Polski.
Wkrótce polityczni emigranci z Polski zawiązali Solidarność California liczącą początkowo ok. 15 osób. W późniejszym czasie liczyła ok. 50 członków. Jej celem było zdobywanie funduszy, które przesyłane były do kraju z przeznaczeniem na działalność podziemnej "S". Początki nie były łatwe. Niewielu ludzi zwracało uwagę na osoby kwestujące pod kościołem w celu niesienia pomocy związkowcom w Polsce. Wtedy też L. Witelus wpadł na pomysł, by na puszkach umieścić napis, że chodzi tylko o 25 centów. Taka kwota wywoływała wśród wychodzących ze świątyni oburzenie.
- Dlaczego prosicie tylko o 25 centów! Przecież nas stać na więcej!
Dzięki temu efekty akcji przeszły najśmielsze oczekiwania. W ciągu niedzieli puszki związkowców zapełniały się ok. 200 dolarami. Zebrane pieniądze przesyłane były przez brukselską centralę "S" na emigracji do Polski. Solidarność California nawiązała również kontakty z Duszpasterstwem Ludzi Pracy na Śląsku, które wówczas borykało się z ogromnymi problemami. Niosła pomoc finansową osobom represjonowanym. W wybranych ośrodkach w Polsce organizowała wypoczynek dla ich dzieci. Pomagała również związkowcom wydawać podziemne gazety.
- To była moja inicjatywa - mówi L. Witelus. - Warunkiem było potwierdzenie odbioru pieniędzy.
O aktywności związkowców z Los Angeles świadczy fakt, że podjęli działalność gospodarczą sprowadzającą się do wypożyczania polskich kaset wideo. Interes szedł jak po maśle i przynosił sporo gotówki. Na tym jednak Solidarność Los Angeles nie poprzestała. Jej członkowie przywozili z polskiego sklepu oddalonego o 80 mil od miasta wędliny produkowane wg krajowej receptury i sprzedawali je po nieco zawyżonej cenie. Na festynach organizowanych przez związkowych działaczy zwykle gościła plejada polskich artystów. To były bardzo dochodowe imprezy. W ich trakcie udawało się utargować do 5 tys. dolarów. Pieniądze rozdzielane były na potrzeby poszczególnych regionów "S" w kraju.
Jednym z najbardziej znaczących przedsięwzięć Solidarności California było zorganizowanie w 1987 r. światowego zjazdu organizacji prosolidarnościowych. Na spotkanie przybył gubernator Kalifornii. Prasa i amerykańskie stacje telewizyjne przez dwa dni relacjonowały przebieg zjazdu, cytując wypowiedzi na temat "S". Wkrótce po tym wydarzeniu wielu kongresmanów wystąpiło z wnioskiem do Kongresu USA o przyznanie pomocy finansowej na działalność "S" w Polsce.
- Zainicjowaliśmy akcję pisania tysięcy listów do opozycjonistów "S" w Kongresie - relacjonuje pan Leszek. - W wyniku takiego nacisku, po raz pierwszy w historii, amerykański Kongres przyznał 3 mln dolarów na nieistniejącą grupę polityczną. Wykonaliśmy potężną pracę, bo dla Związku byliśmy gotowi oddać serce.
W 1989 r., po reaktywacji "S", L. Witelus wrócił do kraju. Kilka miesięcy temu, po 16 latach odwiedził USA. Swoim kolegom z emigracji przywiózł list z podziękowaniami za pomoc dla Związku, którego autorami byli przewodniczący Śląsko-Dąbrowskiej "S" Piotr Duda i przewodniczący Sekretariatu Górnictwa i Energetyki NSZZ "S" Kazimierz Grajcarek.
- Mieli łzy w oczach, bo po raz pierwszy ktoś po latach docenił ich pracę - opowiada L. Witelus. - Dla niektórych z nich czas się zatrzymał w latach 80., gdy Polska była bardzo zdołowana. Ale w trakcie rozmów skutecznie przekonywałem ich, że w kraju wiele się zmienia i będzie coraz lepiej.