nr 37 (938) 15 września 2006 - Działacz z emigracji
nr 37 (938) 15 września 2006
Przyjechał do Polski po to, by w imieniu "Solidarności California" w XXVI rocznicę podpisania Porozumienia Jastrzębskiego złożyć hołd bohaterom tamtych wydarzeń. W trakcie wizyty omówił również z liderami "Solidarności" ze Śląska program październikowego pobytu w naszym kraju laureatów szkolnego konkursu historycznego zorganizowanego w szkołach w USA.
Ze Stanisławem Czarnotą, pierwszym przewodniczącym "S" w kopalni "Jaworzno", współtwórcą "Solidarności California" rozmawia Beata Gajdziszewska
Działacz z emigracji
- Co zainspirowało amerykańską młodzież do zgłębiania wiedzy o "S"?
- Obchody 25-lecia powstania "S" miały bardzo pozytywny wpływ na młodych Amerykanów. W ogólnokrajowym konkursie historycznym, w którym uczestniczyło ok. 500 tys. uczniów, drugie miejsce zajęła młodzież z Kalifornii za wiedzę o naszym Związku. To pokolenie zauważyło, że "S" odegrała bardzo istotną rolę dla rozwoju światowej demokracji. My również mamy udział w ich sukcesie, ponieważ w trakcie konsultacji z nami, poszerzali swoją wiedzę o tym ruchu społecznym.
- Jaka była Pana związkowa przeszłość?
- W 1980 r. pracowałem w kopalni "Jaworzno". Gdy Porozumienie Jastrzębskie stało się faktem, wraz ze zorganizowaną przeze mnie grupą ludzi zalegalizowaliśmy oficjalną działalność związkową. W trakcie pierwszych wyborów do komisji zakładowej "S", załoga powierzyła mi funkcję przewodniczącego. Wówczas na 12 tys. pracowników kopalni do Związku należało 10 tys. zatrudnionych. Zostałem również delegatem na Zjazd Regionu Śląsko-Dąbrowskiego NSZZ "S" i uczestniczyłem w I Krajowym Zjeździe w Gdańsku.
- W stanie wojennym był Pan jednym z najdłużej internowanych działaczy...
- Już przed 13 grudnia przeczuwaliśmy nadchodzące dramatyczne wydarzenia. Przygotowaliśmy pogotowie strajkowe. W feralną noc zostałem internowany. Celem pierwszej "wycieczki" była komenda MO w Jaworznie, gdzie byłem przesłuchiwany. Funkcjonariusz opuścił pokój przesłuchań, zostawiając broń na biurku. Na tego typu prowokacje byłem dosyć dobrze przygotowany. Zostałem przewieziony na komendę w Sosnowcu. Tam włączono telewizor i wtedy dowiedzieliśmy się, że stan wojenny stał się faktem. Później był Zakład Karny Nr 2 w Strzelcach Opolskich, jedno z cięższych więzień w Polsce. By nie zatracić poczucia czasu na ścianie w celi zrobiłem kalendarz z napisem "Solidarność", za co na jakiś czas trafiłem do "kabaryny", której wyposażenie było przytłaczające. Siedzenie i prycza przykuwane do ściany, wiadro zimnej wody. Ponadto ciągłe prowokacje ze strony funkcjonariuszy. Oficjalnie internowanie funkcjonowało tam do 19 marca 1982 r. Czerwony Krzyż chciał skonfrontować przesyłane przez nas w grypsach informacje o tym miejscu odosobnienia. Tymczasem władza ludowa uparcie utrzymywała, że takie więzienie w ogóle nie istnieje. Na temat warunków panujących w strzeleckim zakładzie pracownicy Czerwnego Krzyża mieli możliwość porozmawiać z nami dopiero, gdy przewieziono nas do ośrodka internowania w Uhercach w Bieszczadach. W lipcu 1982 r. nastąpiły masowe zwolnienia internowanych. W ośrodku w Uhercach zostało nas tylko kilku. Stamtąd przewieziono nas do Rzeszowa, gdzie w celach odkryliśmy podsłuchy. Za ich demontaż przetransportowano nas do Nowego Łupkowa i tam trwaliśmy do grudnia. Wtedy nie wiedziałem, że w esbeckich raportach widaniała adnotacja: "przetrzymać możliwie jak najdłużej".
- Czy miał Pan już okazję zapoznać się z zawartością swojej "teczki personelnej"?
- Tak, odwiedziłem katowicki Oddział IPN, gdzie zapoznałem się z dokumentami na mój temat, zgromadzonymi przez SB. Raporty wskazują, iż funkcjonariusze postrzegali mnie jako "nieprzejednanego w środkach, porywczego, upartego". Wystąpiłem o kopie tych dokumentów i odtajnienie nazwisk donoszących na mnie współpracowników SB. Jeżeli w teczce, którą przeglądałem, znajdują się wszystkie zgromadzone dokumenty, to muszę przyznać, że nie jest tego wiele. Brak jest informacji o mojej działalności związkowej po internowaniu. Z raportów wynika, że przestałem się angażować. Na tej podstawie stwierdzam, że esbecy wykazywali się słabą postawą w pracy.
- W jakim stopniu władza ludowa miała wpływ na Pańską decyzję o emigracji?
- Ciągłe rewizje w moim domu, przesłuchania, w trakcie których sugerowano mi, że będę "wąchał trawę z drugiej strony" sprowokowały mnie do nieuniknionych refleksji dotyczących mojej rodziny. Decyzję o emigracji podjąłem wspólnie z żoną. Mieliśmy trójkę małych dzieci, nie znaliśmy języków obcych, byliśmy bez pieniędzy... Sprzedaliśmy nasz skromny dobytek, uzyskując kwotę 700 dolarów... My, działacze "Solidarności California" nigdy nie zerwaliśmy więzów z Polską. Wspieraliśmy finansowo podziemną "S" w kraju, organizowaliśmy spektakularne akcje charytatywne, promujące "S" w USA. W ub. roku z naszej inicjatywy w Los Angeles zorganizowane zostały uroczystości z okazji 25. rocznicy powstania "S".
- Jak Pan postrzega polską drogę do demokracji?
- Od młodej demokracji trudno zbyt wiele wymagać. Istotą w budowaniu tego systemu jest dostrzeżenie drugiego człowieka. Bez dotarcia do ludzi trudno jest sprawować władzę i mieć wpływ na społeczeństwo.
- Dziękuję za rozmowę.