nr 3 (847) 21 stycznia 2005 - Nie wolno straszyć ludzi...
Nie wolno straszyć ludzi...
Z Eugeniuszem Jaroszewskim, przewodniczącym Sekcji Krajowej Elektrowni i Elektrociepłowni NSZZ "S"
rozmawia Beata Gajdziszewska
- Czy konsolidacja podmiotów energetycznych uzależniona była od warunku postawionego przez związki zawodowe, którym zależało na zawarciu korzystnych umów społecznych gwarantujących pracownikom zatrudnienie?
- Z logicznego posunięcia robi się wielką aferę. Związkowcy dążyli do ochrony miejsc pracy, po to, by nikomu nie przyszło do głowy ograniczanie kosztów poprzez zwalnianie pracowników. Dziś, skandalem jest, że zarządy zagwarantowały załogom 10-letnie zatrudnienie. A to dlatego, że nie przewidują zwolnień z przyczyn ekonomicznych. Dopóki firmę stać na to, by zatrudniać określoną liczbę osób, to powinna to robić. Zarządy nie są nawet zainteresowane dobrowolnymi odejściami i mamieniem ludzi odprawami. To nie ma nic wspólnego z odpowiedzialnością społeczną, która na nich ciąży. Ci ludzie wkrótce ustawiliby się po zasiłek. Zawsze ponosi się koszty utrzymania spokoju społecznego, a w tym przypadku są nimi zawarte umowy.
- Czy zgodzi się Pan z już powszechnym przekonaniem, że te umowy objęły również członków zarządów?
- To jakieś nieporozumienie. Zarząd nie może sam ze sobą podpisać umów. Jego członek, po odwołaniu, nie spełnia żadnych kryteriów i nie może sobie zapewnić odszkodowania ani gwarancji zatrudnienia. Problem pojawia się, gdy został odwołany z zarządu, a dalej jest pracownikiem. Dziennikarze rozpisujący się na ten temat nie zweryfikowali obiegowych opinii autorstwa osób, które nie posługują się rozumem, lecz chęcią zaistnienia w mediach, przez wzgląd na bliskie wybory.
- A jak Pan skomentuje informacje, że w zamian za zawarty "układ" ludzie z "S" nie protestowali przeciwko zatrudnianiu w zarządach osób z nadania SLD?
- Nikt nie prowadzi konsultacji z "S" w sprawie zatrudniania w zarządach ludzi z SLD. Tryb powoływania zarządu określa kodeks handlowy. Fakt, że w zarządach znalazły się osoby wypromowane przez SLD, to sprawa odpowiedzialności nadzoru właścicielskiego. Kiedyś sektor wolny był od przełożeń politycznych. Gdy te wzięły górę, to mamy lawinę nieszczęść.
- Opinię publiczną zbulwersowała również wiadomość o wysokich premiach dla energetyków...
- Gdy ktoś mówi, że wypłata premii w wys. 4 tys. zł dla pracownika zachwieje bezpieczeństwem energetycznym kraju, to z tego kraju chciałbym emigrować. Te środki wypracowała energetyka, a ich wypłacenie nie spustoszy koncernów. W tym sektorze płace wynoszą tylko 20 proc., a w innych osiągają 60 proc.
- Czy prawdą jest, że odbiorcy prądu ponosić będą koszty zawartej umowy?
- To manipulacja. Jeżeli w procesie ciągłym pojawią się koszty wynikające z realizacji umów, to nie będą miały wpływu na cenę energii, którą dla klienta ustala minister finansów. Nie wolno straszyć ludzi, że umowy społeczne spowodują podwyżkę ceny energii.
- Wielu polityków uznało gwarancje socjalne w energetyce za sprawę kryminalną...
- Dziwię się ich nagłemu zainteresowaniu energetyką, ich pozornej odpowiedzialności, gdy tymczasem sprawy istotne dla branży uciekają ich uwadze. Politycy powinni zwrócić uwagę na to, co dzieje się w Sejmie. Jeśli posłowie dadzą nam przykład rzetelnej pracy na rzecz kraju, to chętnie z tych wzorców skorzystamy.